Avalon 2003

 

Home
Up

KONTAKT

KSIĘGA GOŚCI
zobacz księgę gości
dopisz się do księgi
 

 

 

 

  Pielgrzymka na Avalon 
(c)2003-2005 Arkadiusz Bolesław Lisiecki 
 
Podziel sie tym artykułem ze znajomymi. :)
 
Artykuł ukazał się również w internetowym magazynie SLAVIA Rodzimego Kosciola Polskiego w 2003 roku.

Są na Ziemi takie miejsca gdzie legendarna rzeczywistość splata się z teraźniejszością. Miejsca pełne magii, czarów i mistyki.
Większość współczesnych ludzi Zachodu kojarzy je głownie z Mistycznym i tajemniczym Orientem: Tybetem, Nepalem, Indiami, 
dalekimi Chinami i pustyniami Mongolii.
Jednak takie miejsca odnaleźć można też i w naszej starej poczciwej Europie...
...cudze chwalicie swego nie znacie

Parę słów o mnie, nazywam się Arkadiusz Lisiecki i od osiemnastu lat badam ezoteryczne tajemnice Wschodu i Zachodu. 
Zgłębiałem różne Ścieżki i Nauki, w niektórych doszedłem do momentu, że mogę przekazywać to, czego się nauczyłem i co 
wypraktykowałem.
Było Zen, Reiki i Seichim, których jestem Sensei (Mistrzem Nauczycielem), był Buddyzm Wadźrajany i różne rodzaje Jogi, 
ale jedna pozostawała zawsze gdzieś jako tło od chwili, gdy ją poznałem dziwnym "zbiegiem okoliczności" w latach 80 tych, to Wicca
 – jedna ze współczesnych rekonstrukcji starych europejskich Misteriów z czasów przedchrześcijańskich, w których nawiązuje się 
mistyczna więź z całym Życiem Natury, upostaciowanych w Wielkiej Bogini, która jest Źródłem wszelkiego Życia oraz jej
Świętym Małżonku i Synu zarazem Rogatym Bogu wszystkiego, co Dzikie i Wolne, tym, który jest siłą zapładniającą i początkującą 
wszelkie Życie a także tym, który daje odpoczynek w Śmierci, która Jest nowym Początkiem.
Pragnę opowiedzieć o wyprawie do jednego z Magicznych i Mistycznych w Europie miejsc, którą odbyłem w tym 2003 roku w marcu, 
o wyprawie w przestrzeni i czasie do miejsca zwanego Glastonbury w Wielkiej Brytanii, gdzie współczesność XXI wieku splata się
 z legendarna i wieczną mistyczną rzeczywistością Wyspy Avalon.
W zeszłym roku, latem, w swojej drodze na Duchowej Ścieżce doszedłem do rozdroża. To, co robiłem dotąd przestało spełniać swoją
 funkcję. Co gorsza, zaczęło być wręcz groźne dla mojego zdrowia i życia, tak jakbym jeździł starym rozpadającym się samochodem,
 któremu co rusz odpada jakiś element grożąc w każdej chwili wypadkiem. Pojazd spełnił po prostu swoje zadanie i czas było przesiąść
 się do nowego, odpowiedniejszego środka transportu.
Zrobiłem sobie dłuższe wakacje nad morzem, gdzie w spokoju przemyślałem i przemedytowałem wszystko, co dotąd robiłem, odkryłem
po raz kolejny na nowo Piękno Boskości manifestującej się poprzez Piękno Natury i otworzyłem się na inspiracje, jaką drogą podążyć
dalej. Gdy wróciłem do domu, w starych notatkach sprzed wielu lat odkryłem materiały z kursu Wicca, o który kiedyś zahaczyłem i po ich
 przeczytaniu olśniło mnie. Tak, to jest to, stara dobra Wicca, tylko tym razem w bardziej dojrzały sposób niż kiedyś.
Odnalazłem na Internecie stronę mego dawnego znajomego, który ten kurs prowadził i ku memu radosnemu zdziwieniu okazało się, 
że założył on grupę studyjną on-line, dla ludzi z całego świata zainteresowanych jego kursem. Atmosfera okazała się przesympatyczna, 
zaś moje poprzednie doświadczenia i wiedza bardzo mi się przydały w zrozumieniu tego, co było tam przekazywane. 
Przyznam, że niektóre sprawy było mi ciężko zaakceptować po rygorystycznym i surowym podejściu, jakie reprezentowały Wschodnie 
Ścieżki, którymi wcześniej podążałem, ale to inna historia...
Po jakimś czasie udzielania się na grupie dyskusyjnej, zaprzyjaźniłem się z grupą ludzi, cóż tak to jest, jak możesz z radością się z kimś
 dzielić posiadaną wiedzą i doświadczeniem, razem doświadczać krok po kroku duchowej Przemiany. Bez fałszywej skromności 
napiszę, że okazałem się jednym z trojga najlepszych studentów w naszej grupie. I tak oto padł pomysł abym przyjechał na doroczny 
zlot uczestników studyjnego forum internetowego do Glastonbury. Na początku nie bardzo wierzyłem, że to będzie możliwe, bo mimo
tego, że z prosperującą świadomością u mnie dobrze to jednak koszty były znaczne.
Jednak moi nowi Przyjaciele i Przyjaciółki stwierdzili, że rozumieją, jaką mam sytuację i pomogą mi znacznie zredukować koszty, 
w końcu, jak się grupa złoży to nie ma sprawy.
W międzyczasie dokonałem swojej dedykacji na Ścieżkę Wicca, stało się to podczas wyprawy do czeskiego krasu – Przepaść Macochy,
może kiedyś o tym napiszę...
Potem okazało się, że na tyle zasymilowałem materiał, iż jest duże prawdopodobieństwo, że może będę mógł przejść inicjacje pierwszego
Kręgu Wtajemniczenia w Wicca, ale to nic pewnego... I mimo różnych przeszkód natury zarówno materialnej, jak i duchowej, które były tylko
sprawdzianami mojej determinacji w dążeniu na Nowej Drodze, dzięki pomocy grona, które wybierało się na zlot 21 marca 2003, 
wyruszyłem w moja Wyprawę po Graala.
Tu pragnę wyrazić wielką wdzięczność moim polskim przyjaciołom i studentom Reiki Bogusi Andrzejewskiej (znany psychografolog i 
instruktor kursów Prosperity, znanej szerzej pod pseudonimem autorskim Szarotka - Edelvejso) i Andrzejowi Bednarzowi (wieloletni 
praktyk i teoretyk Reiki, autor paru książek na temat Reiki i medytacji) za pojawienie się w odpowiednim momencie z prośba o 
przeszkolenie i inicjacje na Mistrza Nauczyciela Reiki, bez których ta wyprawa by się nie odbyła.
Tuż przed wyjazdem dowiedziałem się, żebym się przygotował, bo zapadła decyzja na temat mojej inicjacji. Jeszcze z pewną dozą 
niedowierzania i lekkiego niepokoju (w końcu to ponad 1300 km) wsiadałem do autobusu linii Eurolines, który miał mnie zawieźć do
Albionu (Wielkiej Brytanii). Niepotrzebnie się denerwowałem. Podróż przebiegła bardzo miło, miałem możliwość nawet się położyć,
 ponieważ miejsce obok mnie było wolne, towarzystwo też dopisywało, choć nie za bardzo lubię, jak ktoś najpierw pije bez umiaru a potem
sypie głupimi dowcipami. Ale odrobina magii położyła towarzystwo spać, a co Wiedźmak jestem czy dupa? 
Jechaliśmy przez Niemcy, potem Holandię, Belgię, Francję, we Francji promem z Calais przeprawiliśmy się do Dover. 
Albion powitał mnie widokiem fantastycznego, białego wapiennego nadbrzeża na oświetlonego wiosennym Słońcem, 
na którym widać było ruiny starodawnych fortec strzegących kiedyś brzegów Albionu. W Dover czekała nas odprawa celna i przejście 
przez Biuro Imigracyjne. Pilotka, urocza pani Jola poinformowała nas, żeby w karty imigracyjne wpisać, jak najdokładniej, gdzie się udajemy
łącznie z telefonami kontaktowymi.
Ufff, całe szczęście dysponowałem wszystkim, co trzeba.
Zastanawiałem się tylko, co powiedzieć Urzędnikowi Imigracyjnemu, ale widząc przesympatycznego starszego pana zdecydowałem się 
po prostu powiedzieć prawdę. Był lekko zdziwiony, gdy powiedziałem mu, że jadę na kurs związany z rozwojem duchowym, 
ale nazwa Glastonbury wyjaśniła mu wszystko, z uśmiechem wbił mi 6 miesięczną wizę w paszport i przepuścił dalej.
Byłem w Anglii
Z trzydziesto-paro osobowego składu w autobusie nie przepuszczono tylko dwóch osób. 
Jeden facet od początku był jakiś dziwny i podejrzany dla wszystkich, jedna dziewczyna, co jechała pracować na czarno, 
po prostu zaplątała się w zeznaniach. No cóż, bywa i tak.
Tu mała dygresja, wszystkich o innym kolorze skóry niż biały, brano na rewizję osobista i przepytywanie na osobności.
Hmmm, niech mi ktoś powie, że nie ma rasizmu? No tak, ciemnoskóry lub śniady to potencjalny terrorysta, ach ta wojenna paranoja...
Pojechaliśmy dalej do Londynu, pierwsze wrażenie: miasto ponure, budynki utrzymane w burej lub brązowej tonacji, gdzieniegdzie tylko
budynki białe i kolorowe w starym stylu tawerny i gospody z kolorowymi szyldami, jak za dawnych czasów, piszę tu oczywiście
o Starym Londynie a nie nowoczesnym City, w którym standardowo hamerykański styl. Wysłałem SMSa do przyjaciół - Ravenspirit i Madra, 
którzy mieli mnie odebrać z dworca autobusowego Victoria Green Lines, że już dotarłem, uff... 
Oni nie mieli tyle szczęścia. Ich autobus utknął w korku. Miałem więc półtorej godziny czekania, zatem znalazłem sobie wolne miejsce
 w poczekalni na Victoria Coach Station i czekałem. Zauważyłem też, że siedzę przy bramce numer jeden.
Jeden- numerologicznie związane jest z astrologicznym znakiem Barana, Słońcem, nowym Początkiem, zapładniającą Siłą Życia. Hmm....
Dobra wróżba. No i się doczekałem. W sumie to widziałem ich już wcześniej na zdjęciach, ale nie przypuszczałem, 
że Ravenspirit to taaaaaka duuuża kobietka, ponad metr osiemdziesiąt, a przy tym rubensowskich kształtów. 
Nie na darmo wybrała sobie nicka na necie Wyverna (Smoczyca). A jej mąż, Madra, znacznie od niej mniejszy, ale cóż, prawdziwa miłość
 nie patrzy na wymiary.
W każdym razie po powitalnych „niedźwiadkach”, co zważywszy na posturę Ravenspirit jest bardzo adekwatną nazwą, 
udaliśmy się do pobliskiego baru cosik podjeść, bo do autobus w kierunku Portsmouth, gdzie mieszkali, było troszkę czasu. 
Stamtąd mieliśmy w niedzielę 23.03.2003 pojechać pociągiem z paroma przesiadkami do Glastonbury. No i faktycznie byłem
w cywilizowanym świecie. Jestem od długiego czasu wegetarianinem i nie mam zamiaru zmieniać przyzwyczajeń kulinarnych.
W barze czekała mnie miła niespodzianka. W menu była cała sekcja specjalnie dla mnie. Uczcie się od Zachodu tego, co dobre, 
polscy restauratorzy!
Potem pojechaliśmy do wspomnianego wcześniej Portsmouth, gdzie moich przyjaciele mają swój mały uroczy dwupiętrowy 
domek niedaleko morza. Ravenspirit i Madra uwielbiają zwierzęta, mieszkają sobie z czterema kotkami, jedną świnką morską 
i pięćdziesięcioma kolorowymi szczurkami. Ravenspirit jest hodowcą szczurków ozdobnych.
Koty, jak zwykle, były mną żywotnie zainteresowane, kazały się głaskać i pieścić na wszelkie możliwe sposoby - zwierzaki mnie kochają.
 No, może z wyjątkiem jednego o wdzięcznym imieniu Bagheera, który wobec wszystkich trzymał dystans. 
Miał ciężkie przejścia, więc mu się nie dziwię (kociak "z odzysku"). Ponieważ byliśmy wszyscy dość zmęczeni, a ja szczególnie
 po podróży, więc wcześnie poszliśmy spać.
Rano 23.03.2003 po szybkim śniadaniu składającym się z płatków kukurydzianych z mlekiem, które ku zgrozie gospodarzy
zjadłem z gotowanym mlekiem na ciepło, udaliśmy się z bagażami taksówką na dworzec ichniego PKP.
Jak się w miedzy czasie okazało, pewien odcinek torów był w remoncie i w pewnym momencie trzeba było przesiąść się na podstawiony
 autobus.
W końcu dotarliśmy do Castle Carry, najdalej jak się tylko da dojechać pociągiem, wybierając się do Glastonbury. 
Hrabstwo Sommerset powitało nas widokiem bezchmurnego pięknego nieba z cudownym wiosennym słońcem, 
pięknych zielonych wzgórz oraz „wiejskimi zapachami” z pobliskiej farmy.
 Po dłuższej jeździe wylądowaliśmy w Glastonbury na Chilkwell Street, w Międzynarodowym Ogrodzie Pokoju - Chalice Well.
Chalice Well to miejsce niezwykle założone pod koniec XIX wieku przez pastora Tudor Pole, który był zafascynowany
 Arturiańskimi Legendami, związanymi z Glastonbury i jego okolicami. 
W ogrodach tych bije w studni źródło, w którym według legendy Józef z Arymatei wymył czy też ukrył kielich, w który zebrał krew 
Jezusa po ukrzyżowaniu. Dlatego, jak głosi legenda chrześcijańska legenda, jego wody są zabarwione na czerwono i mają 
uzdrowicielską moc. Istnieje jednak legenda znacznie starsza, mówiąca o tym, że Wielka Bogini w swej postaci Matki 
przechadzała się tamtymi okolicami i spoczęła, gdy nadszedł jej Czas Czerwonego Księżyca, a jej krew miesięczna 
spłynęła na tą ziemię, niosąc jej urodzaj i uzdrowienie. 
Stąd źródło to jest Łonem Bogini, Prawdziwym Pierwotnym Graalem, z którego wypływa Jej uzdrawiająca krew. 
Naukowe wyjaśnienie jest oczywiście takie, że ziemia tamtejsza zawiera bogate złoża rud żelaza i to one tak zabarwiają wodę.
A nad całą okolicą wznosi się majestatyczne wzgórze Glastonbury Tor („tor” to w języku staro-gaelickim właśnie wzgórze).
 Kiedyś ta okolica była jednym wielkim jeziorem, o którym wspomina legenda arturiańska, a na jego środku wśród mgieł 
znajdowała się Wyspa Avalon, miejsce będące Świątynią Wielkiej Bogini oraz ośrodkiem treningowym dla Kapłanek i Kapłanów 
Wielkiej Bogini i Rogatego Boga. Później, gdy Stara Wiara została ogniem i mieczem wyparta przez jakże miłujący pokój
 Katolicyzm, na wyspie powstał klasztor pod wezwaniem Świętego Archanioła Michała a teren osuszono. 
Nazwa klasztoru nieprzypadkowa, gdyż nowi panowie tych ziem chcieli w ten sposób uczcić swoje zwycięstwo nad pogańskimi 
wierzeniami, które uosabiał dla nich Smok. Smok to symbol Mocy Ziemi, symbol Misteriów Bogini, smok jest Strażnikiem Tajemnicy
 i Tajemnicą samą w sobie. Kto zrozumie Smoka, zrozumie tajemnice Natury, ale nie prędzej niż przejdzie przez Labirynt będący
 Łonem Bogini i narodzi się na nowo.
Wiedząc, że miejsce to jest Święte, pełne Mocy dającej życie, postanowili je jeszcze bardziej zbrukać i ustanowili tam miejsce kaźni.
Skazańcy odbywali na nie swą ostatnią drogę, ich krew przelana z nienawiścią spadała i zanieczyszczała świętą ziemią poświęconą
 Wielkiej Bogini.
Myśleli, że wygrali, a Smok czekał... Smoki są cierpliwe, oj cierpliwe...
Dość krótko po sekularyzacji zakonu Benedyktynów, do których ten klasztor należał, w tej spokojnej sejsmicznie okolicy nastąpiło
 silne trzęsienie ziemi i klasztor pochłonęła ziemia. 
Została tylko jedna wieża, na której upamiętniono płaskorzeźbami... mord i masakrę dokonaną przez mieniącymi się miłosiernymi 
chrześcijan na wyznawcach i stanie kapłańskim Starej Wiary.
Tak oto sama Bogini Ziemia upomniała się o swoje miejsce
Niestety, wyrządzona krzywda pozostała, ziemia była nadal przesiąknięta przelaną w gniewie i nienawiści krwią. 
Potrzeba było dużo czasu, żeby to się zmieniło.
I w końcu nastał czas, gdy ludzie zaczęli sobie przypominać stare legendy grzebać w tym, co było, sięgać dalej w głąb historii i 
odgrzebywać stare wierzenia tych ziem. Z jednej strony czas rozumu i techniki, ale i renesansu i rozkwitu europejskiej 
myśli Okultystyczno –Ezoterycznej- wiek XIX. Wtedy to liczni ezoterycy i ezoteryczki (np. Dion Fortune) przypomnieli
 sobie o tym pradawnym miejscu Mocy i zaczęli powoli odkrywać jego tajemnice na nowo.
Smok, przypatrywał się temu na początku z nieufnością, ale potem doszedł do wniosku, że niektórzy rokują nadzieje
 na przywrócenie jego dziedziny do porządku i zaczął ich wspierać. I tak oto Glastonbury z małej, zapomnianej mieściny, 
gdzieś między wzgórzami rolniczego hrabstwa Sommerset stało się Mekką różnych ludzi poszukujących ezoterycznych 
korzeni europejskiej przedchrześcijańskiej duchowości.
Wspomniany wcześniej pastor Tudor Pole był człowiekiem o otwartym umyśle, a nie fanatykiem. Interesowała go duchowość 
Wschodnia i Teozofia, z których czerpał to, co przydatne było w zgłębianiu jego własnej, chrześcijańskiej mistyki. 
Ustanowił więc wokół źródła Czerwonej Wody (Red Waters) i Białej Wody (Whitewater) Ogród Rozmyślań i Medytacji, 
gdzie każdy, bez względu na wyznanie, może znaleźć miejsce do chwili zadumy i kontemplacji.
 Później opiekę nad ogrodem przejęła organizacja Chalice Well Trust i tak jest do dzisiaj.
Tyle pokrótce o Chalice Well. Z góry uprzedzam, że niektóre rzeczy nie pochodzą ze źródeł historycznych, tylko z
 przeprowadzonego przeze mnie Channelingu.
Tak oto dotarłem z Ravenspirit i Madra do Bram Ogrodu Edenu, eerrrr, Chalice Well.
Na portierni dowiedzieliśmy się, że reszty jeszcze nie ma, jest tylko jedna osoba, ale poszła na miasto cosik zjeść. 
Pozwolono nam zostawić bagaże, po czym również udaliśmy się, do poleconej przez przemiłą panią z obsługi, knajpki
na obiadek.
Pierwsze wrażenie, gdy znalazłem się na głównym deptaku Glastonbury?
Magiczno-ezoteryczna Mekka !!!
Takiego zagęszczenia sklepików magicznych, księgarni, ezoterycznych, New Age'owych, różnych ośrodków medytacyjnych,
 od chrześcijańskich poprzez muzułmańskie, buddyjskie i pogańskie nie widziałem nigdy w życiu. Do wyboru do koloru, co kto
 chce. A na ulicach, co rusz to ktoś w jakiś ciekawym ubranku, albo z oryginalna biżuterią. Bardzo „ezoteryczną” oczywiście.
Zajrzeliśmy do jednego ze sklepów po drodze, specjalizującego się w tybetańskich i nepalskich wyrobach. 
Znalazłem tam prześliczną tankę Buddy Medycyny, z przedstawieniami wszystkich ważniejszych ziół używanych w Medycynie
Tybetańskiej.
No, ale nie kupiłem... za drogo. Ravenspirit sobie kupiła śpiewającą misę.
Przy okazji, oboje z Madra mieli mały wykładnik, kogo przedstawiają te wszystkie śliczne posążki. 
Znaleźliśmy wreszcie to Olly`s Place, niezbyt wyszukanie, prosty wystrój, drewniane stoły, yes, coś dla nas Pogan w sam raz.
Co jak co, ale tu miałem z czego wybierać, jeżeli chodzi o jedzonko - specyfika miejsca.  Spotkaliśmy tam jedną z uczestniczek
 zlotu......Firebird.
Nie było najmniejszego kłopotu z rozpoznaniem, choć jej zdjątko, które żeśmy widzieli było maciupkie, filigranowe,
 jak sama Firebird.
Zamówiliśmy więc, każdy co tam chciał, do jedzonka i zaczęła się rozmowa jak upłynęła podróż itp. 
Hmmmm, no powiedzmy... Głównie się przysłuchiwałem, raczej niż uczestniczyłem i starałem się zrozumieć, o co im chodzi.
Znam angielski, ale co innego pogadać w pracy od czasu do czasu telefonicznie z kontrahentem, choć nie Anglikiem tylko Azjatą,
 a co innego z kimś, kto angielskiego używa od dziecka. Och, coś jakby gadać ze Ślązakiem używającym śląskiej gwary,
 niby polski, ale...
Jakoś mi tak było głupio i w końcu grzecznie poprosiłem, czy aby towarzycho może być tak miłe i zdeczka zwolniło, 
bo ja za Chiny Ludowe nie rozumiem, o co im chodzi. Upsss, tak dotarło. A i tak minęło parę dni zanim się osłuchałem
 ze specyficzną wymową.
Po zapłaceniu rachunku wyruszyliśmy z powrotem do Chalice Well, komentując po drodze mnogość sklepików i koszmarną
 w nich panującą drożyznę. Oj, golą turystów na wszystkim.
 Za prosty w sumie obiadek, w którym we wrocławskim barze wegetariańskim Vega dałbym góra 20 zł, zapłaciłem w przeliczeniu
 40 zł!!! 
Potem doszedłem do wniosku, że nie ma co przeliczać, bo zgłupiałby człowiek.
 Tak, więc pamiętaj czytelniku/czytelniczko, jak będziesz kiedyś się wybierać w tamte strony samodzielnie,
 to albo własne zapasy, albo worek pieniędzy lub pół-pościk dla zdrowia.
Gdy dotarliśmy na miejsce czekała na nas reszta ekipy: Dawid, Sherry i Florence, nasi wykładowcy i duchowi opiekunowie, 
oraz Eagle i Highlander (mąż Sherry).
Co do niektórych osób używam ich nicków z internetu ponieważ zostałem wyraźnie poproszony, aby respektować ich prywatność.
Dawid jest Anglikiem z Cambridge, jest twórcą naszej Tradycji  Wicca, co by nie mówić - jej Sercem, oj a Serduszko to ma czlowiek
 wieeelkie :) Jest on uczniem między innymi Viviane Crowley.
Florence jest Amerykanką z New Jersey w USA i Arcykapłanką, (High Priestess), uczennicą Dawida.
Razem prowadzą ta internetową grupę studyjna, w której uczestniczę.
Sherry też jest z USA, z Kalifornii i jest Królową Wiedźm (Witch Queen) i Starszą (Elder) tradycji Gardneriańskiej Wicca od
 ponad 30 lat, bezpośrednią uczennicą ludzi, którzy przywieźli Gardnerian Wicca do USA. 
Jej mąż jest z Gór Ozark w Arkansas. Dlatego nazywam go tu Góral, Highlander.
Facet jest poprostu niesamowity! Jest półkrwi Irlandczykiem, ze strony matki i półkrwi Indianinem z plemienia Ozark, 
ze strony ojca i to widać po nim (no i stary harleyowiec do tego).
Eagle to Anglik, na początku był małomówny, ale potem okazało się, że jajcarzem jest nie z tej Ziemi i to bynajmniej 
nie reprezentującym typowego angielskiego humoru.
Gdy żeśmy się serdecznie przywitali, zostali powiadomieni o zwyczajach panujących w schronisku Lt St Michael`s, 
w którym mieliśmy mieszkać i rozlokowaliśmy się po pokojach, zjedliśmy skromną kolacyjkę przygotowaną przeze mnie i Madra
, było już trochę późno.
Dawid zdecydował, że trzeba by się wyspać na dzień następny po podróży, ale najpierw udaliśmy się na samą górę schroniska
 (ono ma 3 piętra). Tam była sala medytacyjna, gdzie normalnie, co Środę i Niedzielę odbywa się Medytacja Pokoju dla Świata.
 W tej oto sali Dawid i Sherry, którzy byli głównymi nauczycielami na tym warsztacie przeprowadzili z nami Rytuał Otwarcia. 
Przepięknie poprowadzili medytację łączącą z energią i dawnymi czasami świetności tych ziem, gdy ludzie żyli tu szczęśliwie
 praktykując Stara Wiarę, pod opiekuńczą pieczą Wielkiej Bogini, medytację łączącą nas z magicznym królestwem Wyspy Avalon.
Potem jeszcze odbyłem dłuższą rozmowę z Sherry, która sprawdzała moją gotowość do Inicjacji, okazało się, że wszystko o.k.
 i czas mój przyjdzie w czwartek. Dała mi pewien temat do przemedytowania na te wszystkie dni i potem poszliśmy spać.
Poniedziałek 24.03.2003 zaczął się oczywiście śniadankiem a potem były wykłady na temat Kabały i jej zastosowania w działaniach
 mistyczno-magicznych. Omawialiśmy głównie Drzewo Życia i Sefiroty, tak zeszła duża cześć dnia. 
Potem Madra oznajmił, że będzie nam kucharzyć przez cały tydzień, bo ma do tego natchnienie a za pomocnika dostał Highlandera.
Poczciwy Kowboj Autostrady wybrał się na zakupy, no kupił wszystko, ale narzekał strasznie, że go ludzie nie rozumieją, 
potem chodził z Madra. No, cóż ja go nie rozumiałem praktycznie przez cztery dni aż załapał inny sposób wymowy.
 Zresztą ciekawa obserwacja, jak w miarę kolejnych dni wszyscy zaczęliśmy się rozumieć w pół słowa, na granicy telepatii i empatii.
 Po wykładach każdy dostał jedną Sefirotę do przemedytowania w absolutnym milczeniu, które miało trwać do wieczora. We wtorek każde z nas miało mieć za zadanie powiedzieć a właściwie przedstawić innym w formie scenki, przypowieści, co zrozumiało i czym dla niego/niej jest ta sfera Drzewa Życia.
Poszedłem sobie do ogrodu, cóż, a gdzie niby miałem medytować nad Tipheret?
Boskie Piękno i Miłość. 
No i tak sobie siedzę przy Studni Kielicha i medytuje, no i przypomniały mi się takie różne sprawy z mego życia, które można było
 podciągnąć pod doświadczenia Tipheret, ale też i sprawy przykre, takie tam cierpienia damsko-męskie, które myślę, że dawno
 odreagowałem i sobie i wplątanym w to kobietom wybaczyłem. 
Ale tak mnie siekło katharsis, jak co najmniej po trzech dniach intensywnej medytacji na odosobnieniu z Jogi, 
gdzie ostro przerabiało się różne sprawy. A ja tu byłem raptem jeden i pół dnia! I nic zbyt intensywnego nie robiłem.
 No, nic poskładałem się i poczyściłem na tyle ile umiałem, ale nadal było ciężko, no, nie szło się zająć tematem, byłem rozwalony.
Poszedłem do Dawida przeprosiłem, że ja wiem, że jest praktyka milczenia, ale ja nie mogę i wytłumaczyłem mu w czym rzecz.
 Usiedliśmy sobie na ławeczkach w ogrodzie i tak na spokojnie pogadaliśmy o tym, co mnie dręczy. 
Uff... trochę pomogło. Ale Dawid zaproponował, że mi cos pokaże. Zgodziłem się.
Więc najpierw poszliśmy do Czerwonych Wód, wiadomo energia Żeńska, a potem na zewnątrz ogrodów do Białych Wód
- symbolu energii Męskiej. Okazało się, że kiedyś te dwie wody płynęły obok siebie i w pewnym miejscu się łączyły, 
potem wody puszczono osobnymi kanałami. Tak powstała energia Separacji no, i właśnie to mnie siekło, bo miało, po czym.
Następnie udaliśmy się razem na Glastonbury Tor, spod którego źródła biorą swój początek. 
Do miejsca gdzie to, co Żeńskie i Męskie jest Jednością. 
No i tu Dawid postawił mnie przed Wyborem: albo pójdziemy dłuższą ścieżką betonowaną dla turystów, 
albo na przełaj tylko dla odważnych. Wybrałem to drugie . No i dawaj pod tą górę na szagę, kto pierwszy. 
A to spory kawałek pod górkę, oj spory. Po drodze chwilka odpoczynku na jednej z ławeczek, krotka wymiana zdań o tym,
 co tu kiedyś było i co tu jest kiedyś do zrobienia i dalej na przełaj na szczyt! Kiedy dotarliśmy na miejsce nie było we mnie 
śladu po depresji. A widok był cudowny! W dole widać było mozaikę pól, domów lasów, rzeki, całe piękno okolicy i mistyczne
 mgły zaczynające się ścielić tu i ówdzie. 
Dawid opowiedział mi, jaką rolę kiedyś to miejsce pełniło i pełni w naszych Misteriach, a tak się fajnie złożyło,
 że było tam dwoje młodych ludzi z wielkim bębnem, który umieścili w tej wieży, co pozostała.
 No i jeden z nich na nim miarowo dudnił. Wyobraźcie sobie, jaki to robiło klimat do opowieści Dawida!!!
WOW! Ale jazda! 
Miedzy innymi na górze tej w Święto Beltaine dochodziło do Świętej Unii-HierosGamos. 
Pomiędzy Najwyższą Kapłanką Bogini i Najwyższym Kapłanem Rogatego Boga, aby zapewnić okolicy szczęście 
i urodzaj na resztę rocznego cyklu. No, dziś troszkę ciężko to zorganizować na szczycie. 
Ech, ci kręcący się turyści. No chyba, że późno w nocy, ale te wertepy po ciemku nie sprzyjają nocnym odwiedzinom. 
Potem wróciliśmy do Ogrodów i już na spokojnie kontynuowałem zadaną praktykę i  wpadłem na cudowny pomysł, 
jak odegrać moją scenkę!
Potem po kolacji Florence poprowadziła ćwiczenia związane z wybaczaniem, hmmm, wygląda na to, że załapałem 
się na temat wcześniej przed wszystkimi. 
A później, jak już było ciemno, zarządzono uroczystą procesję do Studni kielicha, aby uhonorować Moce Życia
- Wielką Boginię i Rogatego Boga. Ubraliśmy się, więc, jak na Kapłanki i Kapłanów Starej Wiary przystało w nasze
 ceremonialne szaty, każde z nas dostało malutką zapaloną świeczkę i tak w procesji na przemian kobieta, 
mężczyzna prowadzeni przez Sherry i Dawida udaliśmy się do Studni Kielicha. 
Gdy tam doszliśmy otoczyliśmy ją kręgiem przyjaźni, kobiety i mężczyźni na przemian i zaśpiewaliśmy na dwa głosy 
w kanonie świętą pieśń wielbiącą Boską Parę. Kobiety śpiewały pieśń 
„We all come from the Goddess.......” a mężczyźni „Hoof and Horn....”
 I tak splatająca się pieśń niosła się przez nocny ogród poświęcony Bogini aż do wspaniałego crescendo,
 po którym zapadła ciiiisza zakończona gromkim „Blessed Be!” (Bądź Błogosławiony!). 
Słowa nie są w stanie oddać całej radości i uniesienia, jakie nas przy tym ogarnęło, takie coś trzeba po prostu przeżyć!
Potem, gdy wracaliśmy Firebird trochę się zakręciło w głowie od nadmiaru wrażeń i energii, więc resztę drogi odbyła
 wsparta o silne męskie ramiona, moje i Highlandera. 
Doprowadziliśmy ją na schodki przed wejściem i tam chwilę posiedziała, żeby ochłonąć., jak nam potem powiedziała 
zobaczyła przecudne błękitne światło, które przeniknęło ją całą a błękit to kolor Bogini i kolor absorbujący cierpienie.
A potem znowu my lulu żeby wypocząć. 
We wtorek 25.03.2003 nastał piękny wiosenny dzień, ptaki świergoliły tak jakby chciały wyćwierkać się za całą zimę.
 Nadal jednak nie wiedziałem, co ja mam pokazać jako swoją Sefirę. Idea była, ale, jak to pokazać a nie tylko opowiedzieć?
 No i gdzie to pokazać?
Ba, żeby to miała być prowadzona medytacja to było by o.k., to ja umiem doskonale, ale scenka???
 Poszedłem sobie do Studni. Tak siedzę i kombinuję, jak koń pod górę, no, tu niby ładnie, ale coś nie tak. 
Nic, wyciszyłem się trochę machnąłem na to ręką, coś się zaimprowizuje i tyle.
 Postanowiłem zjeść śniadanie ale najpierw poszedłem do niżej położonej fontanny, takiej głowy lwa nad 
basenikiem, z której płynie źródlana woda, żeby się napić i opłukać., jak to zrobiłem to tak sobie siadłem, żeby 
chwilę ochłonąć i tak się rozglądam i mi się westchnęło: „Aaale tu pięknie!” Ej! PIĘKNIE! Hej! PIĘKNO! TIFERET!
Zaraz, zaraz a, jak ja to zauważyłem? Co do tego doprowadziło? AHA! I wpadłem na cudowny pomysł, jak odegrać 

moja scenkę! Potrzebowałem jeszcze parę drobiazgów. Nie było z tym problemów. Byłem gotowy.
Później tego ranka odbyliśmy naszą wędrówkę po Drzewie Życia. Każdy z nas upatrzył sobie wcześniej jakieś 
miejsce w Ogrodzie na Sefirotę i razem udaliśmy się w Mistyczna Drogę. 
Wyglądało to tak, że osoba, która miała zrobić scenkę szła naprzód, przygotowywała się a potem podchodziliśmy, 
słuchaliśmy i oglądaliśmy a następnie zadawaliśmy pytania.
Pierwsza była Sefira Malakuth- Królestwo
Tu Madra i Highlander przedstawili nam ludzi zagubionych w materializmie, ale którym ewidentnie czegoś w życiu brak, 
szukający różnych rozrywek, zmysłowych rozkoszy, ale którym ciągle coś umyka i w końcu odkrywają, że istnieje
 inny wymiar Życia. Na początku się boją podjąć wyzwanie, ale w końcu wyruszają przez bramę na Ścieżkę.
Później napotkaliśmy Sefirę Yesod – Podstawa, Przygotowanie, której Strażnikiem był Eagle.
Siedząc w lotosie wyjaśnił nam konieczność praktyki podstaw duchowości, różnych ćwiczeń duchowych, 
stworzenia bazy i podstawy do dalszego rozwoju, uświadomił, jak ważna jest praca z emocjami i wybaczaniem.
 Na koniec każdy dostał kamień księżycowy równoważący i oczyszczający dwie ćiakre.
Dalej nasza droga powiodła do Hod- Chwała, gdzie Ravenspirit wyjaśniła nam, jak ważna jest Prawda na duchowej Ścieżce, 
jak ważne jest wprowadzanie abstrakcyjnych idei w życie, żeby nie były od niego oderwane.
 A na koniec poczęstowała nas Jabłkiem z Drzewa Mądrości z przestrogą, że, jak je zjemy to nie będzie już wyjścia, 
tylko trzeba będzie zaakceptować Prawdę o sobie i Święcie takim, jakim on jest. 
Następnie powędrowaliśmy do Netzach, gdzie z kolei Firebird uświadomiła nam, jak ważne jest odkrycie w sobie
 bezinteresowności w działaniu dla innych, zrobiła to na prostym acz poruszającym przykładzie. 
Opowiedziała nam, jak kocha swoje dzieci i swojego męża. Naprawdę wzruszyło nas to do łez.
Dalej droga poprowadziła do Tipheret.
Upss, moja kolej! Poprosiłem towarzystwo o chwilę czasu na aranżację i pogoniłem do lwa. 
Tam zapaliłem wokół basenu świeczki, pod spływającą wodę wstawiłem Kielich a przed nim kryształ,
 w którym odbijały się promienie słońca rozszczepiając się na tęczę. Jej! Ale ładnie!
No i ta zieleń i kolory kwiatów wkoło! Byłem ubrany w jasno zieloną szatę i miałem przygotowane dzwonki
 tybetańskie- takie dwa talerzyki ze spiżu dające cudowny dźwięk, gdy się je trąci. I przyszli Poszukiwacze-Wędrowcy.
 Przedstawiłem im, kim jestem i czego tu nauczyć się muszą, jeśli mam ich przepuścić dalej.
 „Nie poznasz, czym jest Boskie Piękno ze śmietnikiem w myślach, emocjach.
Oczyść swe oczy z tego, co widziały, oczyść swe usta, z tego, co mówiły, oczyść swe uszy z tego, co słyszały,
 oczyść swe ciało, swe ręce z tego, co odczuwały.” I tak każdy podchodził do Kielicha i oczyszczał się w 
Świętej Wodzie Boskiego Źródła. Gdy wszyscy byli gotowi nadszedł czas na dalszy przekaz. 
„Gdy twe zmysły są oczyszczone, gdy twe myśli są oczyszczone, gdy twe emocje są oczyszczone zasłuchaj się 
w Dźwięk Ciszy i patrz!”
 DZYŃŃŃŃŃŃŃŃŃŃ – zabrzmiały tybetańskie talerzyki przeszywającym wibrującym dźwiękiem cichnącym aż do Ciszy...
I tak pozostali Wędrowcy czas jakiś w cichej kontemplacji Boskiego Piękna! I oto niespodzianka ich spotkała, 
bo to nie był koniec cudowności, jakie ich spotkały!
„Przeto skoro otwarty jesteś na Boskie Piękno to dzięki temu po raz pierwszy doświadczysz łyku Wody Żywej!”
I tak oto wziąłem Błogosławiony Kielich Wody Życia i każdemu z czcią pomogłem się napić i sam na końcu też swój łyk wypiłem.
 Ukłoniłem się ładnie, podziękowałem i grzecznie powiedziałem, że czekam na pytania o ile jeszcze jakieś zostały. 
Zamiast tego dostałem zbiorowego misia od wszystkich i od każdego z osobna. Jeej ale fajnie! Na koniec Dawid stwierdził, 
że nie chciałby psuć tak fajnej atmosfery, ale excuse me, ale gdzie dalej iść trzeba? Hmmmm, wycięło? Amba zjadła? Jaka była następna Sefira?
Stąd to chyba już na bosterze kosmicznym prosto w Keter? Dobra, spoko mój HP wykazał zrozumienie, wszedłem tak w rolę energii i procesu, 
że miało prawo zdeczka mnie wyciąć. 
Dalej poszliśmy do GEBURACH – Boska Władza i Prawo – prawo Lidera/Króla/Wodza z  Nadania. 
Sherry przywitała nas przy wodnej kaskadzie ubrana w swój czarny płaszcz z insygniami Arcykapłanki. 
Wyjaśniła nam, jak ważne są pewne zasady, których przestrzegać trzeba na duchowej ścieżce, ale i wielkiej odpowiedzialności
 dla kogoś, kto osiągnie stadium Geburah na swojej Drodze. Wielka Władza, Wielka Moc, ale i odpowiedzialność, 
żeby władza z Boskiego Nadania nie stała się przyczynkiem do tyranii i okrucieństwa. 
Ostrzegła nas też przez pułapką poczucia niezwyciężoności i własnej boskości, gdy wydaje nam się, że wszystko nam wolno i nie
liczymy się z nikim i niczym, wtedy czar pryska i budzimy się z ręka w nocniku, bo życie szybko weryfikuje takie jazdy.
Właśnie w tą pułapkę dał się złapać nauczyciel mojej poprzedniej duchowej ścieżki.
Uznał, że jest boskim wybrańcem i wszystko mu wolno i pozmienia świat po swojemu bez względu na cenę, jaką będą mieli
zapłacić jego podopieczni i on sam, inna rzecz że było parę czynników zewnętrznych  które zaciemniły jego umysł na które wpływu nie maiał.
Gdy zrozumieliśmy przesłanie Sherry z ulgą wyszła ze swej roli surowej Królowej i z uśmiechem podziękowała nam, że mogła
 nam służyć, było dużo śmiechu i oczywiście misiów. 
Dalej poszliśmy do Chesed – Miłosierdzie, ale i podporządkowanie.
Zasada Przewodnictwa na zasadzie: przeszedłem pewną Drogę, mam coś do przekazania, mogę Cię poprowadzić,
 jeśli tego chcesz. Mogę cię wesprzeć, pokierować twoimi krokami, ale dopóty dopóki tego CHCESZ. 
Przeciwwaga dla Geburah, które działa z zasadą MUSISZ.
Tu Strażnikiem był Dawid- hahaha, no, a któżby inny, cały on. Wyjaśnił nam tę Zasadę rządzącą w tym stadium rozwoju i zapytał
 czy chcemy, aby nas poprowadził. Ostrzegł, że zrobi to najlepiej, jak umie i do miejsca gdzie może, i zaznaczył, że jest
człowiekiem i też czasem popełnia błędy. 
Zgodziliśmy się i poprowadził nas dalej Ścieżką i doszliśmy do Otwartej Przestrzeni. 
Tu nas zatrzymał. „Tu zaczyna się Wielka Otchłań – Sefira, która nie jest Sefirą, Droga, Która Nie jest Drogą, 
ostateczne zaprzeczenie wszystkiego, co znasz i doświadczyłeś, ostateczna konfrontacja z tym, czego się boisz, 
każdy na swój własny sposób musisz się zmierzyć z Wielka Otchłanią. 
Dalej cię poprowadzić nie mogę.
 Jeśli masz odwagę to Przekrocz Otchłań a za nią oczekuje cię Chokma i Binach – Boskie Mądrość i Zrozumienie –
 Bóg i Bogini takimi, jacy są naprawdę. 
Czy odważysz się na ten krok?”
 I tu czekała na nas Florence, która jest Mroczna Kapłanką, osobą wyspecjalizowaną w przeprowadzaniu adeptów przez
 najmocniejsze procesy transformacyjne, prace z lękiem, śmiercią, kompleksami, wszystkim, co składa się na Twój własny Cień.
 Na co dzień pracuje zresztą w szpitalu również przy nieuleczalnie chorych, więc dobrze zna z autopsji to wszystko.
Ja poszedłem pierwszy.
Zapytała mnie czy jestem gotów zmierzyć się z tym, czego najbardziej się boję, czy jestem gotów wkroczyć na teren gdzie
wszystko, co znam jest bez wartości i nie ma zastosowania. Gdzie moje stare ja rozpadnie się w pył aby mogło się narodzić
moje prawdziwe Ja.
Odpowiedziałem, że tak. 
Zakryła mi więc oczy opaską i zaczęła prowadzić aż straciłem orientację. 
Potem posadziła gdzieś na czymś i poprowadziła w medytacji nad Otchłanią.
Nie opiszę tego, po prostu cokolwiek bym napisał nie odda tego, co się ze mną działo. 
Jedyne, co napiszę to to, że nauka o Otchłani jest następująca: 
Trzy razy Otchłań przekroczyć musisz:
  •  gdy ją pierwszy raz przekroczysz umiera twoje stare ja i rodzisz się na nowo. 
  • Gdy ją drugi raz przekroczysz zyskujesz łączność ze wszystkim, co istnieje.
  • Gdy ją trzeci raz przekroczysz jesteś trwale Jednością ze Wszystkim (Unio Mystica).
    
Innego sposobu nie ma.
Dlatego Wicca ma trzy stopnie i dlatego inicjacja nie jest dawana ot tak sobie każdemu, kto przyjdzie z ulicy, jeżeli 
faktycznie ma być to inicjacja a nie po prostu amatorskie przedstawienie teatralne.
Dlatego wielu ludzi wiele lat spędza po prostu na poziomie przygotowawczym po Samodedykacji do Ścieżki lub Dedykacji 
przed Zgromadzeniem przeprowadzonej przez Kapłankę/Kapłana. Jedna uwaga: w Wicca każdy po inicjacji jest swoim własnym
 Kapłanem/Kapłanką, ktoś z zewnątrz po prostu może pomóc służąc swoim doświadczeniem.
Potem poszedłem jeszcze czas dłuższy pomedytować nad Otchłanią..., jak wróciłem to pierwsze, co zrobiłem to napiłem się
woooody ze źródełka.
Później po obiedzie udaliśmy się do miasta, aby odwiedzić pierwszą w Wielkiej Brytanii oficjalnie rozpoznawaną przez 
Państwo Świątynię Bogini założoną przez Kathy Jones, kobietę zasłużoną dla hrabstwa Sommerset a Glastonbury w 
szczególności, która włożyła wiele pracy w przypomnienie ludziom pradawnej historii tego miejsca i co za tym idzie przyczyniła 
się do eksplozji zainteresowania nim.
Hmmm, nie dziwię się ludziom, że ją szanują i kochają.
 Dała pracę ludziom z całej okolicy dzięki temu.
 Sama świątynia mieści się w podwórzu jednego z domów przy głównej ulicy i ewidentnie już z zewnątrz widać, że kobieca ręka
 prowadzona przez Boginię to miejsce urządziła. 
Wszystko w łagodnych pastelowych kolorach lila, miękkie i zaokrąglone, otulające, ciepłe i bezpieczne. 
Świątynia składa się z jednego dużego pomieszczenia, w którego jedna cześć jest administracyjno – zaopatrzeniowa a w drugiej
 jest taki uskok w podłodze i główna „nawa”, w której stoi ołtarz a na nim figura Wielkiej Bogini.
Tym razem aranżacja ołtarza pozostała jeszcze z obchodów Sabatu przesilenia wiosennego OSTARA. 
Więc centralna część ołtarza zajmowała wiklinowa figura Bogini ubrana w Zielone Sari, obok pod ścianą była inna drewniana
 mniejsza figura, przedstawiająca Boginię jako uosobienie Zmysłowego Piękna.
Siedząca kobieta o bujnych piersiach apetycznie zaokrąglana tam gdzie trzeba, o pięknej twarzy, obiema rękami podtrzymująca
 swoje włosy z tyłu za głową tak, że eksponuje swoje wdzięki a na tych włosach wgłębienie na płonącą świeczkę, całość 
z brązowego drewna.
 No po prostu cudo! 
Przed nią baranica do siedzenia, kwiaty, świece i dwa koszyczki, jeden, ze słodyczami a drugi z różnymi drobnymi upominkami. 
Napis: „Weź sobie dar od Bogini”. 
Jakże różne podejście od katolickiego, gdzie ksiądz ciągle ci tylko stawia zadania, co do ofiar, niby dobrowolnych, ale wypomina
 ci je potem z ambony, jak nie dasz.
Na środku przed ołtarzem była mandala pozostała z rytuału/artystycznego performance, który był tu odprawiany w OSTARA, 
a przedstawiającą cztery pory roku i pięć żywiołów, tak ważne dla Pogańskiej Duchowości. 
Aha, ta Świątynia nie jest Wiccańska tylko ogólnie poświęcona Bogini. Kto ją uznaje jest tam zaproszony. 
Usiedliśmy sobie tak w cichej kontemplacji tego miejsca. Na ołtarzu z boku był koszyczek a w koszyczku świeczki (teelights),
 które można było zapalić w wydzielonych do tego misach, w jakiej kto chciał intencji, co też zrobiłem.
 Potem zainteresowała mnie ta druga mniejsza figura . No, facet w końcu jestem prawda?
I tak sobie siedzę i kontempluję to piękno. No i przysiada się do mnie Dawid, też patrzy i tak ściszonym głosem pyta: 
„Piękna prawda?”
Ja na to: „Oj tak! Chciałoby się żeby była żywa” 
„Ano... Aż by się chciało dotknąć prawda?”
„Oj takkk”
„No to, na co czekasz?”
Więc z pewną dozą nieśmiałości wziąłem no i dotknąłem 
Dawid tak na mnie patrzy i mówi: „No wiesz, ja tam wiem, że ty byś chciał, co innego dotknąć a nie tak nieśmiało.” 
„Aaaaa to tak można?”
No, bo tu ze mnie wylazło zaprogramowanie wedyjskie i buddyjskie gdzie Devi czy Żeńskich Bodhisattwów to sobie można 
było podziwiać i owszem, ale absolutnie bez żadnych erotycznych podtekstów, surowość i rozpuszczanie wszelkich 
namiętności to była podstawa.
 A o Guru w Jodze pomyśleć w kategoriach erotycznych to już w ogóle przechlapane i do piekła na czas jakiś. 
Przynajmniej takie chore układy były w tej jodze, którą praktykowałem.
No, chyba, że w czerwonej tantrze może jest inaczej, ale do tej faktycznie to nie dotarłem.
No i Dawid mi mówi: „Ależ oczywiście Bogini jest Kobietą a każda Kobieta to Bogini, więc w czym problem?”
Więc mu wyjaśniłem, jak się sprawy mają. Grzecznie mi odpowiedział, że tu transformujemy namiętności poprzez, między innymi,
czyn a nie wypieranie ich i, że nie ma co się martwić. Skoro pragnienie się pojawiło a można je bez krzywdy dla kogokolwiek
 zrealizować to można to uczynić, żeby nie męczyło.
 Zgodnie z Wiccanska Poradą: „Czyń Wolę swoją, lecz bez krzywdy dla nikogo” ( An ye harm none do thy Will). 
Zrobienie tego Świadomie a nie nieprzytomnie stanie się doświadczeniem transformującym. 
Słów dokładnie nie pamiętam, powyższe oddaje sens nauki, jakiej mi udzielił.
Więc objąłem te śliczne piersi posągu Bogini obiema rękami, jejku, jakie były cudowne, drewno było takie gładkie, 
ogólnie wodziłem rękami po niej jakbym pieścił i cieszył się dotykiem prawdziwej kobiety.
 I wiecie, to naprawdę było wspaniałe doświadczenie o wymiarze, jak najbardziej duchowym. 
Zrozumiałem ile lat wypierałem wspaniałą cudowną radość będącą właśnie duchowym doświadczeniem. 
Czegoś mi w kontakcie z Boskością brakowało przez całe lata i właśnie w tym momencie to coś odzyskałem.
Ufff! Dawid siedział obok i, jak mu opowiedziałem, co czuję dał mi serdecznego misia i powiedział, że jest ze mnie dumny
i dziękuje mi za to, że Jestem.
Oj! Jakie to piękne. Wiecie, tak sobie uświadomiłem jedną ważną rzecz: 
w Wicca posługujemy się wieloma imionami i postaciami Bogini i Boga zależnie od potrzeb, preferencji i okoliczności. 
Coś bardzo podobnego występuje w Sufizmie, który czerpie z różnych tradycji mistyczno-religijnych a przecież jest spójna 
Ścieżką. Zrozumiałem, że Wicca to jest właśnie taki zachodni Sufizm tylko oparty o europejskie dziedzictwo duchowe a nie blisko
 i dalekowschodnie. 
Podzieliłem się tym z Dawidem i bardzo mu się spodobało to odkrycie i przyznał mi rację i to, że tego tak nie widział dotąd, 
ale, że to jest wspaniałe!
„It`s wonderfull Arkadiusz!” 
W koszyczku z darami od Bogini zauważyłem obrazek Quan Yin – żeńskiej bodhisattwy Wielkiego Współczucia z Wschodniej 
odmiany Buddyzmu.
No i mnie tak korciło z jednej strony żeby wziąć, ale z drugiej strony przypominał mi się buddyzm jako ten surowy i kasujący 
wszystko, co zmysłowe. I tak przeglądam inne rzeczy, ale nic, co by mnie interesowało.
Nagle WOW! Olśnienie, co mi Bogini chce przekazać! Współczucie i Mądrość!
Przecież to obudziła we mnie buddyjska praktyka! I Bogini dała mi do zrozumienia, żebym przestał się boczyć tylko zapamiętał
 i rozwijał te pozytywne cechy to, co najlepsze, co wyniosłem z buddyjskiej praktyki! 
Wziąłem, więc obrazek z podziękowaniem za naukę i jest dziś u mnie na honorowym miejscu na ołtarzyku. 
Wychodząc wrzuciłem też datek na rozwój tego pięknego miejsca, w którym otworzyłem się na tyle wspaniałości.
Potem mięliśmy trochę wolnego dla siebie, żeby sobie pobiegać po sklepach, jak małe dzieciaki. 
W końcu tyle tu zabawek. Na przykład Firebird kupiła sobie śliczną suknię i chustkę z okazji czekającej ją inicjacji.
Fajnie było, spodobało mi się trochę rzeczy, między innymi taki śliczny posrebrzany Kielich z Pentagramem, ale, jeej, 
prawie 400 zł na polskie!
Ale sobie go przynajmniej obejrzałem, zresztą przyjaciele stwierdzili, że faktycznie straszna przebitka na cenie. 
Potem sobie samodzielnie zwiedzałem miasto i cieszyłem się jego atmosferą. Inna rzecz, że te ceny doprowadzały 
do warrrrczenia z cicha... Tak sobie pomyślałem, że w takiej komercji na pewno jest ktoś, kto naprawdę myśli o 
zaopatrywaniu ludzi podążających duchową ścieżką, ale nie tak majętnych, a poza tym miejscowi ezoterycy na pewno
 nie kupują w tych drogich sklepach. 
Oj, Bogini, założę się, że tu gdzieś na uboczu musi być jakiś mały, maciupki sklepik dla Wiedźm. 
Pewnie prowadzony przez starą Wiedźmę, jak to w starych angielskich opowiadaniach „Ye Ol`Magick Shoppe”
 ze skrzypiącym na wietrze szyldem.
 No, nie bądź taka i mnie poprowadź. I poszedłem „węsząc” tu i ówdzie i uważnie się rozglądając. 
Zdawałem sobie sprawę, że takie miejsce na pewno nie będzie miało reklamy na głównej ulicy, a, jak już to nie rzucającą
 się wcale w oczy. I... Zobaczyłem niepozorną bramę na jakieś podwórko, a właściwie nawet przejście pomiędzy uliczkami
 przez dom. Coś mi podpowiedziało, że... Poszedłem tam, najpierw zobaczyłem jubilera, mały zakładzik, eee, nic ciekawego... 
Ale dalej?!!! WOW! Bingo! Bogowie lubią płatać figle. 
No, bo DOKŁADNIE BYŁ CZARNY SZYLD chwiejący się na wietrze z brązowymi literami pisanymi gotykiem WITCHCRAFT.
 Hahahahaha! Poszedłem tam, niestety, było zamknięte, bo to już była godzina 18sta prawie. 
Ale przez okno widziałem jakieś słoje z ziołami, jakieś kotły, ręcznie wykonane różdżki. 
No, Magiczny Sklep ze starych opowieści, jak się patrzy! No doooobra prosto z Hoghwartu.
Może i trafiłem na ulicę Przekątną. No, nic postanowiłem sobie tu wrócić w środę i zobaczyć, co tu dają i czy prowadzi
 to Stara Wiedźma i wróciłem do Ogrodów.
Tam ekipa Kapłańska poszła już na górę, do Sali Medytacji przygotować wszystko do inicjacji. 
A myśmy zajęli się robieniem kolacji. Kolacji? Nieee! Uczty na powitanie nowej Kapłanki i Wiedźmy Ravenspirit!
W międzyczasie poszła się umyć i przebrać, a potem wyruszyła w swą podróż ku Odrodzeniu poprowadzona na górę przez
 Florence. Dobrze, że Madra pełnił obowiązki szefa kuchni, bo by chyba zniósł kogucie jajko jakby miał czekać aż Ravenspirit
 wróci. No, ja mu się nie dziwię, idzie gdzieś twoja kobieta po coś, robić coś z obcymi ludźmi, nie wiadomo, co... 
No, zdążyliśmy z jedzonkiem na czas, bo oto zeszła do nas w pięknej brązowej szacie z Księżycowym Diademem we włosach
 w asyście swoich inicjatorów. Trochę zakręcona, ale cała i zdrowa.
Dawid uroczycie rzekł: „Przedstawiam wam nowa Kapłankę i Wiedźmę!!!!!!!”
I tu nastąpiły gratulacje i drobne upominki dla Ravenspirit. 
W sklepiku znajdującym się w Ogrodach kupiłem dla niej i dla Firebird śliczne pamiątkowe kartki, napisałem rzecz jasna śliczną
 dedykację. Potem była uczta i nowa Kapłanka pobłogosławiła po raz pierwszy dla nas pokarm w imię Wielkiej Bogini, która jest
 źródłem Wszelkiego Życia i Rogatego Boga Pana Zielonej Kniei!
A potem pałaszowaliśmy te smakołyki. Dodam, że wszystko było WEGETARIAŃSKIE , bo takie odżywianie zarządził Dawid.
Mi w to graj inni troszkę na początku kręcili nosami, ale potem się przekonali. 
Potem jeszcze Ravenspirit uczyniła obiatę dla Bóstw nazewnątrz i poszliśmy spać.
Nastał środowy ranek 26.03.2003. Po śniadanku były lekcje Tarota. 
Jednak nie typowo pamięciowe, co jaka karta znaczy tylko medytacja symboliki Wielkich Arkanów.
 Karta krążyła z rąk do rąk i każdy coś tam nowego odkrywał i dzielił się tym z innymi. 
Całość była oparta o medytację Podróży Głupca i w tym kontekście odczytywaliśmy karty. 
Tak zeszła większość dnia, więc do Sklepiku Wiedźmy nie poszedłem. Potem Dawid i Sherry omówili mit porwania 
Persefony przez Hadesa, mieliśmy na drugi dzień wystawić go jako Misterium.
 Ja dostałem rolę Hadesa, Firebird – Persefony, taka dygresja: Firebird strasznie mi się podoba to i wyszło ciekawie, 
Ravenspirit-Demeter, Madra-Zeusa, Highlander-Apolla a Eagle miał robić za Parki, ale jakoś mu nie podchodziły, więc poszliśmy
 na ugodę i wziął rolę celtyckiej Bogini Cerrdiwyn, którą da się pod Parki podciągnąć.
Następnie odbyliśmy Mistyczną Pielgrzymkę na Glastonbury Tor. 
Podążając starym traktem wokół wzgórza tworzącym LABIRYNT. 
Aha! Dokładnie LABIRYNT! No trochę nam się grupa rozciągnęła, bo nie każdy miał dobrą kondycję.
 Część wyczynowców poszła więc naprzód z Dawidem, w tym ja, a cześć wolniej z Sherry z tyłu. 
Ale wszyscy dotarliśmy na Szczyt! Każdy w swoim tempie. 
Widok był, jak zwykle cudowny. Ale tym razem odczułem naprawdę intensywną energię! 
Wzgórze żyło, wzgórze oddychało!, jak cielsko śpiącego poooteżnego Smoka! 
Siadłem i medytowałem. I coś do mnie spontaniczne przyszło, co mam zrobić.
 Pewną praktykę i zrobiłem to i TO SIĘ PRZEBUDZIŁO! 
Otrzymałem ODPOWIEDŹ. „JUTRO! BĄDŹ GOTÓW PRZYJACIELU!”
A potem trzeba było wracać i uświadomiłem sobie, że oto wracam do Domu Matki mej, do Domu Ojca mego..., 
że wszystkie te lata na medytacjach spędzone, a również pewne niegodziwości wycierpiane od ludzi mieniących 
się oświeconymi były tylko przygotowaniem do tego wielkiego dnia, który nastąpić miał nazajutrz...
Jakby w odpowiedzi na to, co uświadomiłem sobie, Dawid zaintonował właśnie „Pieśń Powrotu”:
 Pieśń o Duszy, która powraca do swej Duchowej Ojczyzny/Matczyzny. 
I podjęliśmy ją, jak jedno Serce, jak jedna Dusza, jak jeden Głos! 
Gdy pieśń zamilkła to resztę drogi podśpiewywaliśmy „Pieśń Jedności z Żywiołami”.
 Tak rozśpiewani wkroczyliśmy w Ogrody, a Firebird wyruszyła ku swemu Odrodzeniu!
W tym czasie Ravenspirit nasza nowo wyświęcona Kapłanka zrobiła nam zajęcia z odczuwania i poznawania, 
czym są Żywioły. Bardzo fajnie jej to wyszło. 
Wtem usłyszeliśmy gdzieś z góry wrzask niesamowity! 
A potem towarzystwo wróciło z góry i przedstawiło nam... No jasne!
 Nową Kapłankę i Wiedźmę Firebird! 
Jeeeejku! Myślałem, że padnę.
 Miała na sobie przecudną ognisto czerwoną suknię uwydatniającą jej zgrabne kształty a na ramiona narzucony ten piękny
 czerwony szal. Ufff! Pogratulowaliśmy jej, wyściskaliśmy i obdarowaliśmy prezencikami. 
No i wtedy Firebird stwierdziła, że to wszystko jest niesamowite i ona musi powtórzyć swój okrzyk radości!!!!! 
No i jeszcze raz radośnie wrzasnęła aż szyby w zabrzęczały „ŁUUUUUUUUUUUHUUUU!”. 
To był ten niesamowity okrzyk, który, żeśmy słyszeli wcześniej i zastanawiali się, co tam z nią robią. 
Potem tradycyjnie uczta poświęcona przez nową Kapłankę, obiata i lulu. 
Nadszedł w końcu czwartek 27.03.2003. 
Dzień, gdy miałem umrzeć i narodzić się na nowo.
Hmmm… Teoretycznie to ja wiedziałem, co mnie tam czeka na górze, ale teoria to jedno a praktyka drugie...
Śmieszne, ale zacząłem mieć trochę cykora... Na dodatek wieczorkiem postawiłem sobie Tarota i jakoś to głupio 
zinterpretowałem bo z ulotki dołączonej do kart a nie z ezoterycznych znaczeń... 
Ehhh… Poszedłem do Sherry i  powiedziałem, jak jest. Oj, przytuliła mnie i powiedziała, żebym przestał sobie wmawiać bzdury, 
że wszystko jest o.k. No i poszliśmy przejrzeć ten układ kart razem. 
Okazało się, że Tarot, jak to Tarot tylko pokazał mi moje własne podświadome lęki... 
To było tylko ostrzeżenie i uprzedzenie bym intensywnie nad sobą pracował po inicjacji a nie stwierdzenie, że coś będzie nie tak...
Ufffff, dobrze mieć pod ręką dobrą Nauczycielkę w takich chwilach... 
Fajnie, że mam z Nią teraz kontakt przez email no i inny też... Dobrze.
Po śniadaniu Dawid wypuścił nas na miasto żebyśmy mogli pokupować, jak komuś trzeba jakieś elementy stroju do 
przedstawienia. Wcześniej jeszcze każdy wybrał sobie Żywioł, który będzie Przyzywał i żegnał w Kręgu.
Ja z Firebird wybraliśmy Ogień. Ja tam miałem obmyślane, co mi trzeba i miałem to wszystko, więc kupować nic nie musiałem. 
Ale kobietki, jak to kobietki odkryły jakiś lumpex, errr, przepraszam, Charity Shop, suficki zresztą i buszowały tam chyba z 
półtorej godziny. 
Później poszliśmy do tego odkrytego przeze mnie tajemniczego sklepiku. 
Po drodze wstąpiłem jeszcze do sklepu, gdzie oglądałem kielich i zastanawiałem się czy go nie kupić, ale Ravenspirit stwierdziła,
 że to bez sensu tak przepłacać i lepiej zobaczyć, w tym innym sklepie. 
No i zacząłem go znowu szukać. 
Po dłuższej chwili w końcu przypomniałem sobie, jak tam dojść.
 I tym razem też zdawało się, że pocałujemy klamkę. 
Aż tu nagle słyszymy z tyłu donośny miły głos: „chwileeczkę!!” i przychodzi... 
Nie, nie Stara Wiedźma tylko Wiedźmin z siwą bródką, długimi włosami  i w t-shircie a nie w skórzanym płaszczu. 
Hehe, gorąco było w ten dzień.
Ale sklepik okazał się trafiony w dziesiątkę! 
Normalne ludzkie ceny, mnóstwo ciekawych i przydatnych rzeczy, był nawet taki Athame (rytualny sztylet magiczny),
 jak ma Ravenspirit, z damasceńskiej stali i rękojeścią z czarnego dębu (limitowana edycja). 
No, ale mi takie zabawki niepotrzebne, zrobiłem wcześniej z Ravenspirit „machniom” i w zamian za ładny duży kryształ górski 
ostałem od niej wspaniały sztylet nadający się doskonale, na Athame. 
Nie zamieniłbym się teraz na takie dzieło sztuki, jak tam było w sklepie, oj nie! 
Ale kupiłem sobie ładną okładkę na moją „Księgę Cieni” razem z notatnikiem, a co, też chciałem mieć jakąś pamiątkę z Glastonbury
Później wyszliśmy ze sklepu, ale, jak odchodziliśmy to dziewczyny stwierdziły, że muszą jeszcze coś tam załatwić, ale sorry, 
bo to jest sprawa między inicjowanymi Kapłankami, więc my mamy poczekać. 
Hmmm, ale dlaczego poszedł z nimi Eagle? Coś niby wspominał, że był inicjowany, ale nie w Wicca tylko w jakąś inną magiczną
 tradycję? Mniejsza z tym. Wróciły z jakimiś torbami. Następnie poszliśmy do takiego fajnego „elfiego” sklepiku Heartfelt Trading,
 gdzie Ravenspirit kupiła takie ładne bliskowschodnie ozdoby do swojego stroju Demeter a Firebird biały szal. 
Następnie wróciliśmy do Ogrodów będących naszym domem tzn. do schroniska w Ogrodach oczywiście. 
Przed bramą powitał nas Highlander z palcem na ustach. Od tej pory obowiązywała ciiiisza, aż do Misterium.
 Każdy miał jeszcze się dokładnie zastanowić nad swoją rolą, wejść w nią, stać się danym Bóstwem. 
Cosik mi łaziło po głowie, ale to jeszcze było nie dograne. 
Więc poszedłem do Studni, bo tam właśnie było moje ulubione miejsce do medytacji. 
W ogóle polubiłem bardzo chtoniczne Bóstwa, kiedyś się ich bałem, uciekałem przed nimi, bowiem wmówiono mi w jednej ze wschodnich tradycji ze są złe.
ale od wakacji, zeszłego  roku zrozumiałem, czym/kim są i strach zniknął. Teraz całkiem dobrze się zaprzyjaźniliśmy.
Ale wracając do przygotowań. 
Więc siedziałem i myślałem nad tym, jak to było z Persefoną i Hadesem, co on czuł do niej, jak ją obserwował, on uosobienie 
Śmierci, ale i Męskości. No i tak sobie pomyślałem, że skoro siedzę nad Studnią to przecież jest też i Brama do Podziemia. 
Hehehe, no to grzecznie poprosiłem Hadesa o konsultacje. Hmmmm nooooo tak... 
Napiszę tyle, że udzielił, oj udzielił, że w pięty poszło. Hehe! Miałem przez chwilę...
Pełno w gaciach.
 No, nie dosłownie. 
Ale wiedziałem już, w czym rzecz i, jak być przekonywującym w mojej roli. 
Potem spotkałem się z Firebird i Sherry pozwoliła nam porozmawiać o naszej części Misterium.
 Zresztą wszyscy już mogli omawiać szczegóły, jeśli tego nie zrobili wcześniej. 
Dogadaliśmy się, co i, jak i poszliśmy odpowiednio przebrać. 
Miałem na sobie niebieską bluzę taką, jakie ludzie nosili w X w.; takież spodnie a na to narzucony czarny płaszcz z kapturem 
i z celtycka spinką a na szyi Ankh - Klucz Życia i Śmierci.
 No i pod ręką parę użytecznych drobiazgów. 
Ale najpierw poszliśmy utworzyć Krąg- Świątynię.
 My Wiedźmy nie mamy stałych Świątyń, bo cały Świat jest Świątynią i Ciałem naszej Bogini łącznie z naszymi własnymi ciałami.
 Lecz gdy przychodzi potrzeba to kreujemy dla niej wydzielone Święte Miejsce Uświęconym Kręgiem Wiedźm zwane a będące
 Świątynią naszych Bóstw i zarazem miejscem gdzie nasz Kunszt Wiedźm (WitchCraft) praktykujemy.
 Co też i uczyniliśmy wspólną pracą... 
Potem napełnieni Błogosławieństwem udaliśmy się na polankę przed Schronisko, gdzie było dość miejsca, aby całe Misterium
 odprawić. A było to tak:
Bogini Ziemi i Urodzaju Demeter miała córkę swoją najdroższą Persefoną zwaną, a ta zawsze z matka swą chodziła,
zawsze się jej trzymała i tylko w życiu swym jej Dziedzinę znała i wszystkie rośliny i zwierzęta, jakie w niej żyły. 
A dziewczę to było niezwykłej urody, najpiękniejsze na świecie. 
Zobaczył ją kiedyś Władca Podziemi Hades i namiętnością ku niej zapałał. 
Długo rozmyślał na swym Żelaznym Tronie w Krainie Hadesu, gdzie zaległy Cienie, jak zbliżyć się do tej, ku której jego serce
 pałało a która tak niedostępna była wciąż przy Matce swej przebywając.
 I oto Czarny Władca wpadł na pomysł i kwiat stworzył przecudny, kwiat o upajającym hipnotyzującym zapachu i kolorze tak
 żółtym, jakiego powierzchnia ziemi nie widziała i tchnął w ów kwiat cały swój magnetyczny męski urok. 
I oto dnia pewnego Demeter zajęta była sprawami jakimiś a jej córuś kochana sama na łące bawiła i zobaczyła kwiat, 
kwiat cudownej urody, jakiego dotąd nie znała, a matka jej nie pokazywała.
 I zbliżyła się do niego z lękiem, lękiem przed tym, co nieznane, ale i przyciągana czymś nowym, niezwykłym a fascynującym.
 I gdy się wdzięcznie nad kwiatem pochyliła, aby go zerwać oto rozstąpiła się ziemia i ujrzała twarz Czarnego Władcy i 
przestraszyła się, ale uciec nie zdołała, gdyż ten ujął jej dłoń wdzięczną i ku sobie przyciągnął. 
A kwiat, nieznaną pieszczotę twarzy młodej Boginki/Dziewicy udzielił.
I oto poszła z Hadesem i oto spadł jej Wianek jej Kwiatu a Bóg Podziemi znalazł klucz do jej Serca i tak oto z jej ramion
 spadł biały szal Niewinności i otulił szkarłatny szal Namiętności i zamknęła się za nimi Brama Podziemia!
 Bogini Demeter zaniepokojona zniknięciem córki, która przecież dotąd na krok jej nie odstępowała poczęła szukać 
we wszystkich stronach świata ale nie znalazła. Udała się, więc do Bogini Przemiany i Wojny Morrigu (w oryginale Parki),
 aby o poradę zapytać, i czy jej córki nie widziała. Mądra Starucha odrzekła tylko tajemniczo:
 „Wiedz o Bogini Demeter, że w życiu każdego dziecka przychodzi czas taki, że opuścić musi dom rodzica swego
 i usamodzielnić się, tak też się stało z córką twoją. A teraz idź (BE GONE!) bo więcej ci nie powiem nic! 
Zaakceptuj to, co się stać musiało kiedyś tak czy inaczej!
 Jednak ta odpowiedź nie zadowoliła Królowej Ziemi i udała się do Apolla Przepięknego, który Słonecznym Rydwanem
 przemierza nieboskłon.
„O Potężny i piękny Apollo!” rzekła Bogini „Czyś w swej codziennej podróży nie zobaczył przypadkiem, co się z moją ukochaną
 córką Persefona stało?”
„Anom widział” odrzekł najpiękniejszy spośród Bogów „Hades ją zabrał do Królestwa swego Podziemnego, a jak widziałem 
całkiem im dobrze ze sobą było, Hahaha!”
„Jakże to tak?” odparła Bogini „Toż to gwałt zadany mej córce był! 
Porwana została wbrew swej woli! Na pewno nie poszła dobrowolnie!
 O Potężny użyj swej Słonecznej Mocy zmuś Hadesa Władcę Czarnego, aby ją wypuścił!”
„W Podziemie władza moja nie sięga! A poza tym nie zawracajmy głowy takimi głupstwami” odrzekł Najpiękniejszy.
Oj rozgniewała się Demeter, Pani Wszystkiego, co Żyje na te słowa.
 Przeklęła Niebo, żeby deszczu Ziemie użyźniającego nie dawało! I susza straszna nastała.
 Ale przypomniała sobie, że Król Bogów Wszystkich, Zeus Gromowładny jej jeszcze pozostał.
 I udała się do Niego. I w te słów uderzyła ku niemu:
„O Potężny Zeusie! Niesprawiedliwość mnie wielka spotkała! 
W tobie o Najsprawiedliwszy cała nadzieja, żeby mą krzywdę naprawić!
 Dziecko me jedyne, Persefonę, dziewczę niewinne podły Hades, Czarny Władca Podziemia podstępem porwał!
 Ach wstaw się za mną nieszczęśliwą, sama zostałam bez córki u boku mego, a ja tak kocham, kocham wszystkie Dzieci Ziemi!”
 I rozpłakała się Matka Wszechrzeczy.
Zeus pokiwał głowa i tak odrzekł: „Tak, tak, oczywiście, że ci pomogę, a jakże by inaczej! Wszak wspaniałomyślny to jeden
 z mych przydomków! Podejdź do mnie, coś ci powiem.”
Gdy podeszła z pewną dozą lęku patrząc jej głęboko w oczy Zeus rzekł: „Prawisz mi, że samotna się czujesz, że córkę ci porwali
i nie chcesz być sama na świecie?”
„Tak, tak” odrzekła Bogini.
„No to nie ma sprawy, zrobię ci nową.” zawadiacko odrzekł Zeus i zgwałcił ją.
(Rzeczywiście to wyglądało zabawnie, bo Madra jest nikłej postury w porównaniu do swojej żony Ravenspirit no i to wyglądało,
 jakby się królik na nosorożca zaszarżował ;)
Gdy było po wszystkim Demeter zaczęła wymawiać słowa straszliwej KLĄTWY.
Przeklęła ziemię, aby plonów nie wydawała, przeklęła bydło, żeby się nie cieliło, przeklęła wiatr, aby nie wiał, przeklęła chmury,
 żeby nie dały ani kropli deszczu dopóki jej córka ukochana z podziemia nie wróci do niej! I świat zaczął umierać!
 I na próżno śmiertelnicy modlili się do Bogów i Bogiń, nikt nie był w stanie przekonać Demeter, aby klątwę cofnęła. 
A tymczasem szczęśliwa młoda para żyła w nieświadomości tego, co się działo na powierzchni. 
Aż któregoś dnia Persefona poprosiła swego małżonka, aby mogła znowu zobaczyć ziemię.
Gdy wyszli była tak szczęśliwa, że nie zauważyła tego, co się działo w koło i zaczęła radośnie i zmysłowo tańczyć wokół swego
 Małżonka.
Gdy tak ją obserwował to nowa namiętność w nim się obudziła i wyjął Owoc Granatu i podał jej na wyciągniętej dłoni.
Persefona zaciekawiona tym nowym czymś wdzięcznie się do niego zbliżyła i razem Owocu Miłości Spróbowali.
A zobaczyła to Demeter!
„Mooojaaa córka!!!!!!!!!! Ty łajdaku! Oddaj mi moooją córkę!!!!!!!!”
Ale było za późno. 
Skosztowawszy ziaren Granatu – Namiętności Prawdziwej Owocu, do Hadesa należała już Duszą i Ciałem.
(Uwaga tu będzie mała rozbieżność z oryginalnym mitem, w którym salomonowy wyrok wydał Zeus.) 
Hades objął swym silnym męskim ramieniem szczupłe ciało Persefony okrywając ją swym Czarnym Płaszczem i tak rzecze: 
„O! Bogini Demeter! Matko Życia Wszelkiego! 
Córka twoja Persefona teraz moją prawowitą małżonką jest. Teraz jest Prawdziwą samodzielną Boginią i ma własne Królestwo,
 którym wespół ze mną rządzi. To już nie jest twoje dawne naiwne dziewczę to Bogini jako i ty!”
 Ale tu Persefona się wtrąciła robiąc słodkie oczka i łasząc się do Męża swego. 
„Hadesie, mój Mężu! Wiesz tak mi się czasem ckni za powierzchnią, pozwól mi czasem odwiedzać Matkę mą na powierzchni! 
Prooooszę!” I tu Hades mądrością się wykazał i tak rzecze: 
„Dobrze, więc! Niech i tak będzie, w zimową część roku ze mną Krainą Cieni rządzić będziesz a w letnie miesiące Krainą Życia
 u boku swej Matki!”
Demeter przystała na taki wyrok i Klątwę z Ziemi zdjęła, a ta pokryła się znów bujaną zielenią i wróciło na nią Życie.
Fin 
Potem wszyscy uczestnicy padli sobie w ramiona gorąco dziękując za wspaniałe przedstawianie Misterium! 
Następnie wróciliśmy do Kręgu, gdzie Dawid i Sherry dokonali poświęcenia paru Narzędzi Sztuki, co tam kto miał potrzebne.
 Później Highlander przeszedł swój obrzęd Dedykacji na Ścieżkę Starych Bogów (nie inicjację!). No, wreszcie się zdecydował
po długim czasie z Kapłanką i Wiedźmą po jednym dachem! 
Sherry była caaała szczęśliwa! 
A potem pożegnaliśmy Żywioły i... I nie wiem, co było dalej, bo poszedłem wziąć prysznic i doprowadzić się do porządku przed moją inicjacją. 
Z tego, co wiem Eagle robił jakieś zajęcia na temat pracy z Bóstwami różnych panteonów w naszej Wiccańskiej praktyce.
 Ja w każdym razie po prysznicu siadłem w swoim pokoju ubrany na biało, bo czułem, że tak będzie najlepiej i czekałem na
 Wezwanie! I Wysłanniczka przybyła! Wzięła me magiczne szaty, parę drobiazgów i poprowadziła schodami na górę.
 Zapukała w Drzwi i uzyskała Odpowiedź! I Drzwi się otworzyły. I przeszedłem i Spotkałem Moje Przeznaczenie!!!!
Co się działo za tymi zamkniętymi drzwiami nie powiem, nie napiszę ani rozmawiać o tym nie będę z nikim na nowo
nie narodzonym (inicjowanym). Nie z tego powodu, że to coś jakiegoś dziwnego jest czy coś. Nie, powód jest prozaiczny.
Gdybym, to komuś kto tego lub czegoś podobnego nie przeszedł, opisał, to byłaby to tylko opowiastka, ot, może i dla kogoś
 sensacyjka. Nie przyniosłoby to tej osobie nic, a dla mnie byłoby po prostu zbrukaniem czegoś, co było dla mnie bardzo, 
bardzo osobistym, bardzo intymnym doświadczeniem. 
Napiszę tylko tyle, że przechodziłem w swoim życiu różne duchowe inicjacje, ale tą będę pamiętać do końca życia. 
Tak, umarłem i narodziłem się na nowo. 
Wyglądam tak samo, te same wspomnienia, niektóre przyzwyczajenia, mogę powiedzieć że zamieszkuję jego formę zewnętrzną,
ale stary ja umarł, umarł tam za tymi drzwiami 26.04.2003 roku niedługo po godzinę 19:00. 
Po wszystkim zostałem sprowadzony w dół, ale jeszcze skoczyłem po coś do pokoju i zszedłem do jadalni, gdzie czekały już 
na mnie moje Siostry Kapłanki i Wiedźmy, Dawid i Sherry obwieściły, że oto przedstawiają im... 
Yes Ye Yes! Nowego Kapłana i Wiedźmę!
 Hmm, ano, Wiedźma to Wiedźma czy mąż czy kobieta. 
Ja sobie wymyśliłem odmianę Wiedźmak.
 Tylko się to niektórym z Wiedźminem kojarzy i muszę prostować, że ja srebrnym mieczem na potwory po gościńcach nie grasuję
Powitała mnie radosna wrzawa, uściski i goooorące pocałunki! Mrrrrrrrr
 No i na uboczu wymieniliśmy nasze Magiczne Imiona, bo każda Wiedźma ma swoje tajne imię znane tylko tym z jej własnego
 Kręgu, ale może mieć też magicznego Nicka /Ksywkę, którym może posługiwać się swobodnie, jak chce. 
I dostałem prezenty!!! Jakie piękne kartki z życzeniami urodzinowymi!
Piękną kaligrafię w stylu celtyckim od Firebird i medalik ślicznego Smoka od Ravenspirit, śliczne bursztyny od Sherry i 
coś zapakowanego w dużo papieru... 
Zacząłem odwijać i... Odwijałem. I odwinąłem... 
Zgadnijcie co?
 Tak, tak, tak! Kielich!!!!!!!! 
Wow!!!!!!!! Dostałem swojego Świętego Graala! 
Ale nie ten metalowy, który widziałem w tym drogim sklepie a trzaskany masowo na sztancy... 
O nie, Moje Siostry i Bracia dali mi Dar naprawdę od Serca!!!!!!!
 Szklany, ręcznie malowany puchar ze znakami naszej Wiary!!!!!!! 
Byłem wzruszony! Baaardzo wzruszony! Ten kielich kupili w tym Magicznym Sklepiku „WitchCraft”.
 Stąd był ten wybieg, że one coś tam, coś tam... muszą jeszcze załatwić tajnego.
 Tak a potem była uczta, a jakże! No i dostałem naleśnika w barwach narodowych. 
Białe z pieczarek, czerwone z pomidorków.
 To Eagle jajcarz jeden wpadł na ten pomysł, tylko się ciężko zastanawiał czy kolory nie są odwrotnie. 
Nie były. 
Potem dokonałem mojego pierwszego w życiu Kapłana poświęcenia pokarmów w Imię Bogini Życia i Pana Zielonej Kniei 
i wszystkiego, co Dzikie i Wolne!
 Jeeeeeeej!
 Jaka fajna energia!!!!!!!!!! 
No po prostu Orgazm Kosmiczny!
 Bo inaczej tego nie określę! Hihi, no, nie dosłownie orgazm jako orgazm.
 Spełniłem toast z Czerwonego Wina w mym Graalu! 
Hehe! Upss! No, dobra trochę mi zaszumiało w główce, ale potrzebowałem tego po inicjacji, ufff, potrzebowałem... 
Po uczcie poszedłem nazewnątrz schroniska, a polazłem na bosaka, chciałem poczuć Ziemię.
Jeej! Ja się chyba zakochałem na nowo w Przyrodzie! Alllleee mi było dobrze! I to niekoniecznie z tego powodu, 
że miałem w czubie. Wiecie, jakie fajne jest chodzenie na bosaka po Ziemi i kamieniach w środku nocy? 
Cudowny chłodek. Aaale mi było faaajnie! Zaśmiewam się teraz, jak to piszę, bo to uczucie wraca do mnie.
 Hehe, a później przyszedł do mnie Dawid z kielichem Wina a ja: „O dolewka! Hihihihi!”
Dawid na to: „Nie! Hej! Nie pij. Zapomniałeś! Przecież trzeba zrobić obiatę dla Bóstw! To twoje zdanie na dziś.”
„Aha, no tak, oki-doki już się robi.”
 Poszedłem z Kielichem na Trawniczek i grzecznie się pomodliłem wprost z mego nowego Wiccańskiego Serduszka i
 ofiarowałem Matce Ziemi Krew Mego żywota, eerrrr, tzn. czerwone wino, co było w kielichu.
 Nyo naprawdę tam było czerwone wino. Nyo, czemu nie wierzysz?
 Nyo, jak świstaka kocham. Hahaha! Nie mogę, bo pęknę zaraz ze śmiechu! 
Oj, już mi lepiej, choć dalej rechoczę.
 No nic, Bóstwa były zdecydowanie zadowolone, do tego stopnia, że zobaczyłem w listowiu Twarz Zielonego Człowieka
 jednej z postaci Pana Dziczy. Jeeej, fajny jest! 
Później nocą jeszcze robiliśmy pewną pracę, my, nowo narodzone Wiedźmy i Starszyzna ale co to było pozostawię sobie.
 I tak się zakończył dzień moich Odrodzin.
I nastał piątek 28 marca 2003...
Był to dzień pożegnania...
Sommercamp dobiegł końca. 
Ciężko nam się było rozstać po tych wszystkich pięknych wspólnych chwilach. 
Jeszcze raz na koniec wszyscy udaliśmy się do Studni Kielicha i tam uroczyście wręczyliśmy Madraowi figurkę, 
Herne Myśliwego, w podzięce za tą wspaniałą kuchnię jaką nam serwował przez cały Sommercamp! 
Ależ się ucieszył! Jeszcze wspólne zdjęcie... 
Potem już niestety Dawid zawiózł Florence na lotnisko, a Eagle zrobił to samo dla Sherry i Highlandera.
 Na miejscu pozostaliśmy tylko Firebird, ja, Ravenspirit i Madra, a to z tego powodu, że kolej strajkowała i nie było się, jak 
wydostać z Sommerset. Mieliśmy wyjechać dopiero w sobotę. 
Wynajęliśmy sobie pokoik w schronisku jeszcze na dobę, na spółkę i poszliśmy na miasto.
 Trzeba było się pożegnać z Glastonbury. 
Poszliśmy też do baru, bo Madra stwierdził, że koniec gotowania. 
Po obiedzie tak się włóczyliśmy jeszcze po sklepach kupując kartki i takie różne różności. 
Zawitaliśmy w końcu ponownie do Heartfelt Trading i tak myszkowaliśmy.... 
Nagle zauważyłem schodki na górę sklepu, a że ja jestem wścibski, jak Pooka to oczywiście zapuściłem tam żurawia. 
No i nagle słyszę: „Ależ proszę bardzo, proszę tam na górę wejść i zobaczyć.... Tylko cichutko proszę.”
 To jedna z pracownic sklepu mnie przyłapała. 
Poszedłem, po drodze minąłem drogowskaz z napisem FAIRY GALLERY. 
Była tam kotara z linek i bambusów, którą spokojnie rozsunąłem i zajrzałem do pokoju.
 Duże pomieszczenie. Na środku Srebrne Drzewo, dookoła mnóstwo poleczek z ślicznymi figurkami Fairies, Elfów i innych
 cudowności. Tak się rozglądałem, moją uwagę przykuło to Drzewo. I nagle!!!!, jak by mi ktoś dał fleszem po oczach.
 Tyle, że nie fizycznych oczach tylko po, hmmm, trzecim oku? Jeeeeeeeeeeeeej!!!! Co ja zobaczyłem?!!! Lub raczej, kogo!!! 
O Bogini!!! Ich było tysiące!!! One tańczyły, bawiły się, rozrabiały, śmiały się!!! Tańczyły!!! 
Taaaaaaaaaaaaaaaaakkkkkkkkk! FAIRIES!!! 
Ja je naprawdę widziałem! Jakiś inny rodzaj wzroku, jakiś inny rodzaj percepcji mi się włączył.
Byłem jednocześnie w dwóch światach, stałem nadal w tym sklepie w galerii pełnej ślicznych bibelotów a równocześnie stałem
 w jakimś zaczarowanym miejscu pełnym Elfików!!! AAAAAAAAA!!! Stałem tam chyba z parę minut z rozdziawionym pyszczkiem. 
Tak odkryłem jedne ze swoich nowych zdolności jakie pomogli mi otworzyć w sobie Bogowie.  
Tak sobie pomyślałem, że byłbym świnią, jakbym przyjaciół tu nie wyciągnął na górę. 
Po cichutku zszedłem na dół i ich zawołałem. Prosząc o zachowanie ciszy zaprowadziłem ich. 
Trochę się też porozglądali, no ładnie... Co ciekawe Firebird znalazła swój portret?! 
Dosłownie był tam obraz przedstawiający elfią dziewczynę a jej twarz to była twarz Firebird! 
Nie muszę chyba pisać, że go kupiła jako prezent dla swojego męża. 
A, jak się naoglądali to poprosiłem, żeby na chwilę usiedli i wczuli się w atmosferę tego miejsca, ale nic nie sugerowałem.
 No i po chwili zobaczyłem, jak ich pyszczki się uśmiechają od ucha do ucha. 
Dziewczyny też je zobaczyły! Madra nie, ale on nie był inicjowany. 
Pani, która pilnowała galerii tak się nam przyglądała, uśmiechała i tylko kiwała głową a potem zapytała: 
„A wy jesteście wszyscy Wiedźmy prawda?”. 
Na to Ravenspirit mówi, że tak, że właśnie skończyło się odosobnienie i jesteśmy świeżo po inicjacji. 
Na to sprzedawczyni: „A! No jasne! One po prostu uwielbiają się bawić ze świeżo inicjowanymi Wiedźmami.”
 Podziękowaliśmy i zeszliśmy na dół. 
Tak na odchodnym sprzedawczyni mi powiedziała, żebym poszedł na tył sklepu na dole, że tam też czeka mnie coś fajnego.
 I poszedłem, była tam mini galeria, z kolei podzielona na część męską i żeńską. No i były tam dwie istoty.
 Trudno mi to opisać, były jakimiś Duchami Natury, ewidentnie męskim i żeńskim. 
Ale nie było takiego fajerwerku, jak ta „inicjacja” na górze.
 Podziękowałem im i z przyjaciółmi poszliśmy oglądać ruiny starego Opactwa Glastonbury. 
Kościół, jak kościół, kamienny wpuszczony nieco w grunt, tak, że główna nawa i ołtarz były pod ziemią. 
Szybko mi się znudziło, wolałem być na słoneczku i trawce. 
Obejrzałem jeszcze kuchnię opata i omalże, zeżarłem chleb, który tam był a był prawdziwy i smakowicie wyglądał. 
Nie, spoko żartuję. W każdym razie potem zachciało mi się pobyć samemu, o najlepiej, jakieś drzewka sobie znaleźć, 
coś w tym stylu. I zobaczyłem bardzo fajne drzewko, i jakoś tak mi się zachciało przytulić do niego, pogładzić je, co też
 zrobiłem. Hmm, jaką inna miłą miało w dotyku korę, jak bardzo zmieniło mi się odczuwanie..., jak wyraziście pracowały 
wszystkie moje zmysły! Przytuliłem się i tak chwilę pobyliśmy.  Zmysłowe przeżycie ;-)
NO a potem, na odchodnym zobaczyłem plakietkę przy drzewku i zacząłem się nieledwie turlać po trawie ze śmiechu.
 Dlaczego? Bo to drzewko nazywało się MAIDEN HAIR!!!!! 
W dostawnym tłumaczeniu Panieńskie Włosy. 
A polska nazwa to Miłorząb. Nyo fajnie, drzewkowej panienki mi się zachciało. 
Odświeżony, w dobrym humorku zacząłem szukać reszty towarzystwa.
 Po chwili okazało się, że, jak ja miałem fajne zdarzenie, to Firebird nie.
 Mianowicie Firebird znalazła kamienne jajo. I sobie na nim usiadła by pomedytować nad tym, do czego mogło ono służyć
 i spontanicznie weszła w psychiczną wizję. Zobaczyła przeszłość tego jaja. Początek był sympatyczny. 
Zobaczyła kapłankę w jej Czerwonym Księżycu, która siedziała na tym jaju i przychodziły inne też kobiety w tym okresie 
i razem z nią medytowały, czciły Boginie, celebrowały ten ważny, wrażliwy a zarazem najbardziej magiczny czas w życiu
każdej z nich. Były wesołe, radosne, były razem. Jajo było w jakimś gaju. Potem przewiniecie w przód w czasie. 
To samo jajo, ale przeniesione, w jakie ustronne miejsce wśród skał. 
Też kobiety, podobne zachowanie, ale czuć było lęk, lęk przed tym, żeby nie zostać przyłapane, a także już nie tak radosne
 podejście, z cieniem wstydu i zakłopotania. 
Robiły to, co robiły w wyraźnej tajemnicy. 
A potem znowu przewiniecie w przód i zobaczyła koszmar! 
Jajo, jajo w jakiś podziemiach prawdopodobnie wmurowane w fundamenty kościoła.
 I przyszły kobiety i chciały robić to, co robiły ich matki i babki i wpadli uzbrojeni mężczyźni, judzeni przez księdza i zgwałcili,
 zamordowali kapłankę i torturowali te kobiety i zobaczyła polowania na czarownice, nieludzkie tortury, jakim poddawano kobiety,
 czuła nienawiść tych bestii do nich i jeszcze wiele, wiele innych okropności...
Z wielkim trudem udało jej się wyjść z tego transu, była cała roztrzęsiona... 
Naprawdę dużo czasu zajęło Ravenspirit i mi doprowadzenie jej do porządku. 
W sumie to głównie Ravenspirit jej pomogła, bo mnie i Madra w tym momencie... 
Firebird po prostu się bała! No nie dziwię się, po tych wszystkich okropnościach, jakie mężczyźni wyrządzali kobietom
 a ona była w środku tego pandemonium. Uświadomiłem sobie, po jakiej skrwawionej ziemi chodzę.
Jeszcze odwiedziliśmy domniemany grób Króla Artura i Guinewry i czym prędzej opuściliśmy to miejsce.
 Potem jeszcze byliśmy w jednym sklepiku przy Opactwie, jakieś kartki czy coś tam i wróciliśmy do Ogrodów. 
Firebird poszła zająć się sobą. A my z Ravenspirit poszliśmy na górę do Sali Medytacji i tam zrobiłem jej szkolenie i inicjację
 z Reiki, bo mnie o to wcześniej prosiła., jak wróciliśmy okazało się, że Madra i Firebird zrobili nam pyszną kolację.
 Firebird już nieco doszła do siebie. No i była okazja, żeby pokazać Ravenspirit, jak się robi zabiegi, Firebird posłużyła za
 modelkę. Potem Ravenspirit też sobie ćwiczyła najpierw na Firebird a potem na Madra. 
W sobotę 29.03.2003 rano odprowadziliśmy z Ravenspirit Firebird do autobusu. 
Później wraz z Madra pojechaliśmy do Portsmouth skąd w niedzielę 30.03. 
Pojechałem już do Polski autobusem. 
Na promie miałem śmieszne zdarzenie. Płynie się półtorej godziny, więc czasu na zwiedzanie statku jest dużo. 
Wszedłem do sklepu wolnocłowego i oglądam, co tak jest, no i patrzę -smoki!
 Ale, buuu, ONE BYŁY PASKUDNE! A czarodzieje jeszcze paskudniejsi.
Wrrr... Coś się we mnie mocno zbuntowało, no, jak tak można.
 I już miałem stamtąd iść, gdy zobaczyłem, że są jakieś figurki po drugiej stronie regału. I... Fairies...
 Nie no, spoko, ładne figurki po prostu.
 Tak, naprawdę śliczne a po obłędnych cenach w Glastonbury tu było mnie stać, żeby sobie zrobić prezent. 
No i kupiłem 3 ślicznotki, bo to akurat były, żeńskie Fairies. A co, fajna pamiątka.
Później już bez szczególnych przygód dojechałem do Wrocławia i dotarłem do domu.
I tak się zakończyła moja Pielgrzymka na Avalon.
Najciekawsze jednak nastąpiło później.
Minęło trochę czasu, rozwijałem moja praktykę Wicca według wzorców przekazany mi przez Nauczycieli.
Na liście dyskusyjnej naszego Covenu co jakiś czas pojawiały się echa naszej wspólnej wyprawy, planowano warsztaty
 na następny rok.
Któregoś dnia wywiązała się dyskusja jak to energie Avalonu są nadal obecne w sercu uczestników warsztatu
i jakie  przyniosły im zmiany w życiu osobistym i duchowym. 
Czytałem ich cudowne relacje w których opisywali jak Avalon nadal jest obecny w ich sercach.
I tak ze zdziwieniem zauważyłem ze jakoś dla mnie stało się to poprostu miłym wspomnieniem, ale nie odczuwam jakiegoś
 szczególnego połączenia z tym miejscem.
Akurat siedziałem przy oknie z widokiem na piękna wiązową aleje.
I zadałem sobie, Bogini pytanie: Co jest? Dlaczego  ze mną jest inaczej ? O co tu chodzi?
I zobaczyłem wizje góry, innej góry, wyglądającej tez znajomo ale nie Glastonbury Tor.
I usłyszałem jej Zew.
Po chwili przypomniałem sobie co to za góra.
Była to Ślęża, Święta Góra wielu wielu narodów i plemion, zwana tez polskim Olimpem.
I dotarł do mnie jasny i przejrzysty przekaz: OTO TWÓJ WŁASNY AVALON.
OTO TWOJE ŚWIĘTE MIEJSCE.
Zrozumiałem ze tu są moje korzenie, tu na tej słowiańskiej ziemi, tu w mojej słowiańskiej krwi.
Wybrałem się daleko daleko aby nawiązać kontakt, zawrzeć przymierze z Boskością poprzez Naturę.
A odpowiedz była pod nosem.
Nie zwlekając postanowiłem odbyć  wyprawę na Ślęże, zostało to zaakceptowane i wkrótce  spotkałem Przewodniczkę
 która zaznajomiła mnie z Górą.
Potem zaszło wiele wiele przemian inspirowanych przez Moc która żyje na Ślęzy i pobliskich szczytach.

Podziękowawszy moim brytyjskim nauczycielom za nauki, i otrzymawszy ich błogosławieństwo na dalszą drogę rozpocząłem wewnętrzne 
odkrywanie  tego czego szukałem po szerokim świecie a co było bardzo bardzo blisko cały czas.

W końcu po wielu przygodach i odnalezieniu w niezwykłych okolicznościach z pomocą Bogini mojej Życiowej Partnerki, 
dostąpiłem w 2004 roku spontanicznej dedykacji i inicjacji wprost ze Źródła Życia  na Górze Ślęża w całkowicie nowy i cudowny 
nurt duchowości, inicjacji potwierdzonej później przez spotkanego wtedy Wieszcza Światowida Światosława - Aleksandra Andrejczuka.

Ale to  już inna historia, którą  kiedyś opowiem.

Uzyskany wtedy przekaż wiedzy i mocy  rozwijam do dzisiaj. 

Jeżeli jesteś zainteresowany/a duchowością  opartą o szacunek dla Matki Ziemi, jej Żywiołów, rozwijanie związku z Boskością  w tobie
i naszego rodzimego  słowiańskiego ducha, zapraszam do kontaktu ze mną i na prowadzone przeze mnie warsztaty.

Posyłam Wiele Błogosławieństw !!!

Rev. Arkadiusz Bolesław Lisiecki

Posłaniec Źródła i Matki Ziemi

    

Zawartość strony (c) 1998-2009 Arkadiusz Bolesław Lisiecki i cytowani autorzy
Jeżeli chcesz skorzystać w swoich publikacjach z materiałów zawartych na stronie skontaktuj się z autorem 

http://www.oswiecenie.com